Jak osiągnąć życiową równowagę

Jak osiągnąć życiową równowagę

Jak osiągnąć życiową równowagę

Wiecie jak wyglądał mój typowy dzień jedenaście lat temu, kiedy udało mi się dostać wymarzoną posadę w banku? Każdego ranka od poniedziałku do piątku równiutko o 6:30 mój budzik bezlitośnie wyrywał mnie ze snu. Nie było czasu na wylegiwanie się w łóżku, nie wspominając o porannych rytuałach wprowadzających w dobry nastrój. Każda minuta była cenna na wagę złota, ponieważ miałam tylko 40 minut na ogarniecie się i dojście na przystanek.

Cenne minuty poranka

Na wpół przytomna leciałam do łazienki, żeby doprowadzić się do stanu używalności – 15 minut. Następnie narzucałam na siebie szybko ubrania. Niebyły to wygodne, ciepłe, wybrane na chybił trafił ciuszki, tylko bardzo eleganckie i stanowczo zbyt lekkie odzienie. Praca w banku zobowiązuje. Mijało kolejne 15 minut. Trzeba było pędem biec na autobus. Codziennie kiedy szłam z przystanku do pracy po drodze odwiedzałam popularny fast food, w którym kupowałam w ramach śniadania sałatkę z kurczaka na wynos.

Za każdym razem obiecywałam sobie solennie, że to już ostatni raz i wieczorem przygotuję sobie jakiś zdrowy prowiant na kolejny dzień. Za pięć ósma wpadałam z rozwianym włosem i zadyszką do sekretariatu, którym dowodziłam, wielce zestresowana, czy aby się nie spóźniłam. Punkt ósma dyrektor wyłaniał się ze swojego gabinetu i rekwirował listę obecności, więc każdy spóźnialski, który chciał się na nią wpisać musiał się przed dyrektorem bardzo gęsto tłumaczyć ze swojego przewinienia. Pięć po ósmej z zaparzoną kawą, jedząc z doskoku sałatkę odpalałam komputer i się zaczynało. Jedno jest pewne, w tamtych czasach zupełnie nie miałam pojęcia o tym jak osiągnąć życiową równowagę.

Dobre złego początki

Kiedy podejmowałam się pracy w bankowym sekretariacie sądziłam, że to bułka z masłem. Jak się potem okazało rzeczywistość trochę mnie przerosła. Od samego rana napływały dziesiątki maili z różnych filii, które trzeba było czytać, drukować, rejestrować oraz roznosić po całym oddziale. Telefon ciągle się urywał i nie można było go zignorować, ponieważ klienci przy pierwszej lepszej okazji donosili o tym dyrektorowi. Poza tym non stop niezadowoleni petenci lub pracownicy próbowali dostać się do dyrektora, a ja musiałam być ochroniarzem oraz stróżem w jednym. Dziesiątki próśb, poleceń, a także zadań do wykonania. Stosy poczty do zarejestrowania lub wysłania. Pracy było tyle, że spokojnie starczyłoby jej dla dwóch osób. Przez pierwszych sześć tygodni przychodziłam o 8:00, a wychodziłam jako ostania o 20:00, załamana, ponieważ nie dawałam rady zrobić wszystkiego, co powinnam. Za to poznałam wszystkie panie sprzątaczki, które bardzo współczuły mi mojej niedoli.

Nieoczekiwana zmiana

Kiedy po 3 miesiącach nareszcie w miarę opanowałam sytuację i wychodziłam z pracy o 17:00, czyli tylko z godzinnym poślizgiem, dyrektor ogłosił mi „radosną nowinę”. Stwierdził, że muszę się rozwijać (a tak naprawdę to po prostu chciał wcisnąć swoją koleżankę na moją „ciepłą” posadkę) i złożył mi propozycję nie do odrzucenia. W trybie przyspieszonym zostałam dysponentką. Wiecie, tą panią przy ladzie, która robi przelewy, udziela kredytów, przyjmuje i wydaje pieniądze oraz ponosi odpowiedzialność finansową za wszystkie popełnione przez siebie podczas pracy błędy. Żebym mogła objąć nowe stanowisko musiałam odbyć (na swój koszt!) szkolenie kasowo – walutowe, a także przyspieszoną praktykę na sali, a następnie przystąpić do egzaminu wewnętrznego. Trochę dużo tego wszystkiego, zwłaszcza dla kogoś kto o to nie prosił.

Wkrótce, w związku z brakami kadrowymi zostałam przydzielona do jednej z filii i rzucona na głęboką wodę jako regularna pracownica, pomimo że jeszcze nie skończyłam szkolenia oraz nie przystąpiłam do egzaminu. Jako dysponentka musiałam przychodzić do pracy pół godziny wcześniej, żeby się przygotować i zostać trzydzieści minut dłużej po zakończeniu w celu przeliczenia kasy oraz uporządkowania dokumentacji. W teorii. W praktyce wyglądało to tak, że jeśli jakaś koleżanka nie mogła doliczyć się na przykład 100 zł., to trzeba było czekać tak długo aż je znajdzie. Czasem nawet godzinę lub półtorej. Czyli zaczynałam o 8:30 i siedziałam tam do 17:30 – 19:00. Cały dzień na śmieciowym jedzeniu w biegu oraz litrach kawy. Za te wszystkie atrakcje otrzymywałam … 1200 zł. na rękę.

Życie samo pisze scenariusze

Tak minęła mi w banku cała wiosna oraz lato (bez urlopu, ponieważ nowi dostają wolne w takich atrakcyjnych miesiącach jak listopad lub marzec), aż w końcu nadeszła jesień. Pewnego wrześniowego sobotniego wieczoru, wybrałam się z koleżanką na dyskotekę odreagować cały tydzień spędzony w pracy. To miał być typowy babski wypad. Żadnych facetów, tylko my, drinki i nasze gorzkie żale. Jednak kiedy idzie się z nastawieniem na coś konkretnego, dostaje się coś zupełnie innego.

Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu (ponieważ od kilku miesięcy żyłam w przeświadczeniu, że faceci są beznadziejni i szkoda na nich czasu oraz energii) poznałam świetnego chłopaka. Myślę, że wzajemnie wpadliśmy sobie w oko od pierwszego wejrzenia, ponieważ zaczęliśmy się od razu regularnie spotykać. Było coraz fajniej, ale w zasadzie w moim napiętym grafiku (praca, nauka do egzaminu bankowego) nie miałam możliwości na wygospodarowanie odpowiedniej ilości wolnego czasu.

Po kilku tygodniach stanęłam przed dylematem – uczyć się do egzaminu ( który wydawał mi się niezwykle trudny) i poświęcić się rozwijaniu czasochłonnej, stresującej kariery w banku, czy skupić się na rozwoju nowej znajomości, na której mi bardzo zależało, ale było zbyt wcześnie, żebym mogła przewidzieć jak się dalej potoczy. W końcu postawiłam na chłopaka. Na egzamin poszłam, ale ze względu na fatalne przygotowanie nie zdałam go. Dostałam szansę na poprawkę, ale nie skorzystałam z niej. Coś we mnie pękło. Kiedy po egzaminie wyszłam z głównego oddziału od razu pojechałam do filii, w której pracowałam i złożyłam wymówienie.

Obecnie, 11 lat po opisanych przeze mnie wydarzeniach tamten poznany chłopak jest moim mężem:). Jeśli chodzi o karierę zawodową, to jeszcze trochę czasu mi zajęło zrozumienie czego tak naprawdę chcę oraz odnalezienie właściwej drogi, ale dzisiaj już na niej jestem. Pewnie się zastanawiacie, co chciałam Wam przekazać pisząc ten artykuł. Obecnie bardzo modny jest temat tego jak osiągnąć życiową równowagę, czyli właściwy balans pomiędzy życiem prywatnym, a zawodowym. Tylko co to tak naprawdę oznacza w praktyce?

Jak osiągnąć życiową równowagę

Jeśli chodzi o mnie, to najważniejszą sprawą jest to, żeby nie pozwolić pracy przejąć kontroli nad moim życiem. Nie stać się jej niewolnikiem. Wiadomo, pracować każdy musi. Jedni mają to szczęście, że łączą hobby z życiem zawodowym. Jest też wiele osób, które po prostu wykonują jakiś zawód, ponieważ mają rodzinę na utrzymaniu i rachunki do zapłacenia. Jednak nawet w takiej sytuacji trzeba się starać, aby pracować godnie. Nie pozwalać się wykorzystywać, nie dawać cichego przyzwolenia na traktowanie się jak osoba gorszej kategorii.

Pracować 10 godzin nad czymś co nas niezmiernie pasjonuje, to jedno. A co innego tkwić w biurze wbrew własnej woli głodnym i sfrustrowanym bez wynagrodzenia za nadgodziny. Nie reagując, dajemy zielone światło na takie traktowanie siebie oraz innych. Moim zdaniem nie można stawiać na pierwszym miejscu zadowolenia swojego szefa, czy dobra firmy, kosztem własnej osoby. To my mamy czerpać satysfakcję z tego co robimy.  Wchodzić do pracy i wychodzić z niej uśmiechając się, z lekkim sercem, a nie duszą na ramieniu. A kiedy pracownik jest szczęśliwy, to przecież wtedy firma też automatycznie na tym korzysta. Jaka szkoda, że jeszcze tak wiele osób nie wie jak osiągnąć życiową równowagę, czyli zachować balans pomiędzy życiem prywatnym, a zawodowym.

A Ty masz swoje sposoby na to jak osiągnąć życiową równowagę?

  • Oj Aniu, jak ja Cię rozumiem. Robiłam tzw. karierę w korpo przez 20 lat aż w końcu zdecydowałam się na inną drogę. Oczywiście to wymaga przygotowania i sama zmiana jest procesem, ale warto. O razu dodam, że praca w korpo ma swoje zalety, więc nie będę nikogo namawiać do jej porzucenia. Dla każdego jest dobre co innego :). Tu po prostu chodzi właśnie o znalezienie tej równowagi w życiu, o której napisałaś, i o życie zgodnie ze swoim systemem wartości. Jednak zanim do tego dojdziemy, to po pierwsze musi czasem minąć wiele lat żeby dojrzeć i zdobyć doświadczenie życiowe. A czasem ten proces się opóźnia, bo jest tzw. proza życia. Zmiany tak, ale przygotować się od nich i robić to z głową:). Pozdrawiam, Renata

    • Zgadzam się z Tobą, że zmiany muszą być dobrze przemyślane. Pochopne decyzje mogą doprowadzić do jeszcze większej frustracji.

  • Bardzo mądrze powiedziane. Myślę ze kluczem do znalezienia równowagi jest życie w zgodzie z samym sobą! Powinniśmy realizować własne, nie cudze cele, i skupiać się na swoich priorytetach! W przeciwnym razie dorobimy się wyłącznie poważnych problemów. Ja sama ciągle walczę ze stresem! Pozdrawiam serdecznie ☺

  • Klaudia Kałążna

    Dziękuję, że opisałaś swoją historię. Miałam podobne „przygody”. Wydaje mi się, że poranna rutyna, rozpoczynanie dnia na własnych zasadach, bez pośpiechu, robienie jednej rzeczy na raz, skupianie się na rzeczach naprawdę w życiu WAŻNYCH oraz umiejętność rezygnacji z wielu innych, to taki „przepis” na wprowadzenie harmonii w swoim życiu. Cieszę się, że odnalazłaś swoją równowagę i podzieliłaś się Twoimi doświadczeniami!

    • Teraz staram się, żeby moje poranki były powolne i żebym miała dużo czasu na wszystkie moje rytuały, które wprowadzają mnie w dobry nastój :).

  • Temat równowagi w życiu jest mi niezwykle bliski. W pogoni za karierą, większymi pieniędzmi, prestiżem zapominamy albo nawet nie zdążymy się zorientować, co jest dla nas ważne, na czym nam zależy, czy robimy coś, co może nie do końca lubimy, ale robimy to po coś. Chętnie wezmę udział w link party, gdyż cały mój blog poświęcony jest tematyce work life balance – serdecznie zapraszam http://www.dobraporadnia.pl/

    • O, to bardzo chętnie do Ciebie zajrzę :). Najgorsze to jest właśnie to, że większość osób robi zawodowo to, co ich w ogóle nie interesuje lub wręcz nie lubią swojej pracy :(.

  • super, że podzieliłaś się swoją historią, myślę, że większość ludzi przeżywa teraz to samo co Ty i myśli jak się wyplątać z tego zwariowanego życia i jak znaleźć równowagę, pozdrawiam;)

    • Takie teraz mamy niestety czasy. Żyje się szybko z dużą ilością stresu na co dzień.

  • Tobie to zajęło mniej czasu – ja chorą sytuację w pracy przypłaciłam nerwicą i pograniczem załamania nerwowego. W końcu rzuciłam to w cholerę. Teraz jestem darmozjadem , nie pracująca, wisząca na kieszeni męża ale i tak wisiałam bo zarabiałam tyle , że to wydalam na buty i dojazdy…. więc naprawdę rozumie co czułaś

    • Ja to jestem szybka w działaniu, jak coś mi nie pasuje, to krótka piłka. I zadowolona jesteś teraz ze swojej sytuacji? Odzyskałaś spokój ducha?

      • Spokój ducha, wyciszenie i szczęście. Mam czas na dom, dla siebie, dla rodziny, przyjaciół ,mam czas na na swoje pasje i robię to co lubię mimo, że usłyszałam że „niepracująca baba to zakała ludzkości kula u nogi społeczeństwa i nieambitna cofająca się w rozwoju nacja” trudno. Jakoś z tym będę musiała żyć. I wbrew opiniom jest mi z tym dobrze

        • Mogę się założyć, że osoby, które to powiedziały same chętnie by się z Tobą przy pierwszej lepszej okazji zamieniły. Zauważyłam, że często jak ktoś czegoś zazdrości, to zamiast zakasać rękawy i dojść do tego samego, to woli tę rzecz obrzucić błotem, żeby się wydawało, że to on, czy ona robi słusznie. Super, że miałaś odwagę postawić na siebie :).

  • Świetny wpis i bardzo fajna historia przemiany 🙂 Życie pisze najlepsze scenariusze 🙂 Ja kiedyś stanęłam przed dylematem – lecieć do Norwegii (już miałam bilety na samolot), czy może zostać i walczyć o faceta, z którym związek wydawał się mało możliwy. Też dziś ten facet jest moim mężem 🙂
    P.S. A ta fotka to może na Kawczej Górze?

    • Oj ci faceci ;). Jak oni nam w życiu mieszają ;). Taaaak, to Kawcza Góra:). Ale masz oko! Byłaś tam?

      • Byłam… jakieś 15 lat temu 😀
        W tamtym roku byłam w Międzyzdrojach właśnie po 15 latach i chciałam iść, ale syn się węża przestraszył i musieliśmy zawrócić zaraz na początku drogi.

  • Posłuchałaś swojej intuicji. I bardzo dobrze. Oj ,ja znam przypadki gdy ludzie pracują po 10 godzin dziennie nad czymś co lubią a i tak po pewnym czasie mają dosyć. Moja koleżanka taką swoją pasjonującą pracę w korpo zostawiła po dwóch latach. Jeddyny puls tej sytuacji to fakt, że nie miała później problemów ze znalezieniem pracy na 8 h bo to pierwsze korpo było bardzo prestiżowe.
    Ja pracowałam w redakcji ogólnopolskiego dziennika pięć lat. Byłam dziennikarzem newsowym. Bardzo stresująca praca, ale samo zajęcie bardzo lubiłam. Wytrzymałam tak pięć lat.

    • O, to musiała być bardzo ciekawa i dynamiczna praca! A teraz czym się zajmujesz? Nie brakuje Ci redakcji?

      • Teraz też jestem dziennikarką, ale bardziej freelancerką. Piszę częściej do tygodników i miesięczników. A to zupełnie inna bajka niż praca dla dziennika. Nie ma codziennych dedlinów. Oprócz tego jestem też mediatorem. Nawet czasem trochę redakcji mi brakuje. Tamtejsza adrenalina bywa uzależniająca. Nie mniej jednak mam teraz malutkie dziecko i praca w dzienniku, z niepewną porą co do zakończenia pracy nie odpowiadałaby mi.

  • Świetny, szczery wpis 🙂 Poruszyłaś ważny temat. Równowagę odczuwam chwilami 😉 Bardzo dużo pracuję nad tym, by rozwinąć moją firmę. Uczę się też pilnie, jak ją prowadzić. Mam małe sukcesy i chwile dużej satysfakcji, ale jednocześnie ciągły niedosyt i poczucie, że robię za mało lub nie to, co trzeba. Stres zaczął odbijać się na zdrowiu… Dużo pracy przede mną 😉 Pozdrawiam!

    • Stres jest ciężko wyeliminować z naszego życia, zwłaszcza kiedy jest ono intensywne. Jednak taka praca na swoim, nawet stresująca, to jak dla mnie o wiele lepsza opcja niż praca dla kogoś :).

      • Masz rację, stresu się całkowicie nie wyeliminuje, to integralna część życia. Ważne jest odnaleźć to, co najbardziej nam odpowiada. I mieć odwagę by wprowadzać zmiany, czasem radykalne 🙂

  • Myślę, że ta moda na życiową równowagę jest bardzo dobra, bo pracownik, który nie „mieszka w miejscu pracy”, ale ma też swoje życie poza nią jest dużo bardziej efektywny. Ma więcej energii i chęci do pracy. 🙂

    • Szkoda, że tak wielu pracodawców nie potrafi tego zrozumieć. Eksploatują ludzi do granic możliwości, a następnie wymieniają na nowych, mniej zużytych.

  • Dla mnie życiowa równowaga to spokój ducha, emocjonalny balans. Gdy czuję się wewnętrznie rozedrgana, o harmonii nie ma mowy. Ja lubię stały rytm dnia. Lubię, gdy mam czas na uważne i nieśpieszne zabawy z córeczką, rozmowy z mężem, na trening, na modlitwę, na pracę nad sobą, na filiżankę herbaty, na książkę.

    • Kasiu, dla mnie spokój ducha też jest bardzo ważny. Chociaż w codziennym zabieganym dniu czasem ciężko jest mi go odnaleźć. Jednak od kilku lat staram się układać moje życie w taki sposób, żeby być Panią swojego losu i to mi daje dużo wewnętrznego spokoju i harmonii.

  • Lubię tę historię:) Szczególnie opowieści o porankach, coś mi to przypomina;) nie każdy ma w sobie tyle odwagi, żeby powiedzieć STOP i sprawdzić, co działa, co nie działa. Nie każdy ma świadomość, że właśnie coś (praca, jakaś znajomość) przejmuje kontrolę nad jego życiem. U Ciebie Aniu jest dużo autorefleksji, mądrego spojrzenia na życie i takiej delikatnej, nieinwazyjnej analizy. Wyciągasz wnioski,zmieniasz i masz życie takie, jakie chcesz:) Godne podziwu:) ja jeszcze czasem daję się wciągnąć w różne rzeczy, które chcą nade mną przejąć kontrolę. Odczuwam potem skutki stresu i to jest dla mnie sygnał – oho, trzeba się zatrzymać, przemyśleć:) świetnie się to czytało:)

    • Myślę, że to jest też zasługa takiego zdrowego egoizmu. Jak mi jest źle, to nie chcę miesiącami się dołować i narzekać. Oczywiście jak coś się dzieje, to muszę trochę pomarudzić, żeby wyrzucić z siebie złe emocje. Jednak jednocześnie mój mózg pracuje na najwyższych obrotach, żeby znaleźć wyjście z sytuacji. Pogrążanie się w marazmie i taplanie w swoim nieszczęściu, to strata życia jak dla mnie ;).

  • Aniu, jak ja lubie takie historie z happy endem. Milego weekendu pozdrawiam serdecznie Beata

    • Beatka, Tobie również życzę udanego weekendu :).

  • Aniu czytam i nie wierzę 🙂 to trochę jakbym o sobie czytała. Nie wiedziałam że ty w banku pracowałaś. Ja kilka lat temu tez pracowałam w banku byłam kierownikiem, ale że oddział nie był jakiś duży to kierownik oprócz swoich obowiązków był też kasjerem, więc wszystkie pożyczki, lokaty przelewy znam to wszystko!. U nas dodatkowo atmosfera była koszmarna nie na samych oddziałach ale wyżej. Pracy kupa a co byś nie zrobiła to i tak źle. Wytrzymałam 3 lata i się zwolniłam, zresztą nie tylko ja wiele osób odeszło. Także znam doskonale. Teraz jestem w sumie tylko blogerką, pracuję ile chcę i kiedy chcę 🙂 to tylko zarabiać mogłabym więcej i bardziej regularnie 🙂
    Pozdrawiam Aniu i jak zwykle dołączam do linkowego party 🙂

    • No widzisz Kasiu ile mamy ze sobą wspólnego :). Mówię Ci kochana, gzie ja nie pracowałam. W banku, w firmie powiązanej z bankiem, w firmie sprzedającej paliwo dla statków, a nawet w sklepie z lampami :). Nie wspominając o szkole i szkole językowej. Moje CV pęka w szwach ;).

  • Ania! Bardzo mądry, interesujący wpis oraz piękna historia. Czasem życie pisze nieprzewidywalne scenariusze, a my stajemy przed koniecznością dokonywania wyboru. Dla mnie równowaga życiowa to właśnie umiejętne balansowanie decyzjami. Takie, by szanować innych, ale przede wszystkim samego siebie. Nie stawiać pracy ponad rodzinę, nie tracić czasu na rzeczy, które nie przynoszą nam satysfakcji, cieszyć się z każdego momentu, w którym możemy być szczęśliwi. To trochę idealistyczne myślenie, wiem, ale mam nadzieję, że kiedyś uda mi się osiągnąć taki stan, że bez wyrzutów sumienia, żalu, będę potrafiła podjąć właściwe decyzje i że będą one dla mnie właściwe 😀

    • Zawsze mówię, że rodzina jest tylko jedna, a pracę zawsze można sobie jakąś inną znaleźć :). A jeśli chodzi o trudne wybory życiowe, to staram się kierować sercem, a nie rozumem ;).

  • Ja swoją równowagę nieco szybciej znalazłam, dzięki rodzinie i hobby. Niemniej jednak nieraz wkręcając się w wir pracy i hipotetycznych możliwości łatwo zapomnieć o tym co ważne i co nam daje radość z życia. I tak tkwimy w tym, często bojąc się zmian. A swoją drogą to czytając Twoją historię o pracy w banku, widzę moją mamę kilkanaście lat wstecz. I cieszę się, że sama nie poszłam tą drogą…

    • U mnie w rodzinie też tradycja pracy w banku, z której ja się wyłamałam ;).

  • Nie wiedziałam, że pracowałaś w banku! Gratuluję odwagi- postawienie na swojego męża, nie karierę i odrzucenie pracy, która Cię nie satysfakcjonowała. Mało osób może zdobyć się na taki ruch. Brawo Ty! 🙂

    Mnie w wyciszeniu i utrzymaniu równowagi pomaga sport, taniec, książki i gotowanie. No i spacery, zabawy z psiakami też oczywiście odgrywają znaczącą rolę.

    • O proszę, znalazł się ktoś, kogo jeszcze nie zanudziłam moją opowieścią o karierze bankowej;). A wiesz o tym, że chodziłam do szkoły w Stanach? 😉 To to już chyba wszyscy wiedzą. Może napiszę 10 faktów o mnie i wrzucę w sidebara ;)))

  • Bardzo mądry post. Gratuluję odwagi i postawienia na to co naprawdę w życiu ważne!

    • Dziękuję bardzo :). To była trudna decyzja i ciężkie chwile, ale na prawdę było warto:).

  • Po pierwsze: gratuluję odwagi, nie każdego byłoby stać na taką zmianę w swoim życiu. Twoja historia może zainspirować masę ludzi, dzięki za podzielenie się nią! 🙂

  • Jednak ryzyko się opłaciło i wszystko dobrze się skończyło 🙂 . Nie warto zatracać siebie przez pracę, co często jest niedoceniane…

  • Ruda Bloguje

    Gratuluję odwagi! Myślę, że w życiu chodzi o to, by wszystkiemu znaleźć właściwe miejsce. W obecnych czasach – mam wrażenie – że niektórym osobom pewne priorytety umknęły. Bardzo motywujący wpis! Trzymam kciuki za wszystkich, którzy się zainspirują i znajdą odwagę 🙂

  • Świetna historia 🙂 Ja także wychodzę z założenia, że człowiek nie jest dla pracy, tylko praca jest dla człowieka. Trzeba pracować i żyć z sensem, ważąc priorytety.

  • Historia dodaje otuchy 🙂 Ja sama zastanawiam się jak znaleźć tę
    równowagę – pomimo że moja praca nie należy do najcięższych nie lubię
    jej i szukam pomysłów na zmianę. Ale jako że to zabiera czasu moim
    priorytetem jest pozbycie się negatywnego myślenia o pracy poza pracą,
    bo to niczemu nie służy a zatruwa tylko wolny czas…

  • Od dawna próbuję zrobić sobie „poranne rytuały”, ale mi nie wychodzi 🙂 Jedynie w weekendy jest to możliwe 🙂