Jak osiągnąć życiową równowagę

Jak osiągnąć życiową równowagę

Jak osiągnąć życiową równowagę

Wiecie jak wyglądał mój typowy dzień jedenaście lat temu, kiedy udało mi się dostać wymarzoną posadę w banku? Każdego ranka od poniedziałku do piątku równiutko o 6:30 mój budzik bezlitośnie wyrywał mnie ze snu. Nie było czasu na wylegiwanie się w łóżku, nie wspominając o porannych rytuałach wprowadzających w dobry nastrój. Każda minuta była cenna na wagę złota, ponieważ miałam tylko 40 minut na ogarniecie się i dojście na przystanek.

Cenne minuty poranka

Na wpół przytomna leciałam do łazienki, żeby doprowadzić się do stanu używalności – 15 minut. Następnie narzucałam na siebie szybko ubrania. Niebyły to wygodne, ciepłe, wybrane na chybił trafił ciuszki, tylko bardzo eleganckie i stanowczo zbyt lekkie odzienie. Praca w banku zobowiązuje. Mijało kolejne 15 minut. Trzeba było pędem biec na autobus. Codziennie kiedy szłam z przystanku do pracy po drodze odwiedzałam popularny fast food, w którym kupowałam w ramach śniadania sałatkę z kurczaka na wynos.

Za każdym razem obiecywałam sobie solennie, że to już ostatni raz i wieczorem przygotuję sobie jakiś zdrowy prowiant na kolejny dzień. Za pięć ósma wpadałam z rozwianym włosem i zadyszką do sekretariatu, którym dowodziłam, wielce zestresowana, czy aby się nie spóźniłam. Punkt ósma dyrektor wyłaniał się ze swojego gabinetu i rekwirował listę obecności, więc każdy spóźnialski, który chciał się na nią wpisać musiał się przed dyrektorem bardzo gęsto tłumaczyć ze swojego przewinienia. Pięć po ósmej z zaparzoną kawą, jedząc z doskoku sałatkę odpalałam komputer i się zaczynało. Jedno jest pewne, w tamtych czasach zupełnie nie miałam pojęcia o tym jak osiągnąć życiową równowagę.

Dobre złego początki

Kiedy podejmowałam się pracy w bankowym sekretariacie sądziłam, że to bułka z masłem. Jak się potem okazało rzeczywistość trochę mnie przerosła. Od samego rana napływały dziesiątki maili z różnych filii, które trzeba było czytać, drukować, rejestrować oraz roznosić po całym oddziale. Telefon ciągle się urywał i nie można było go zignorować, ponieważ klienci przy pierwszej lepszej okazji donosili o tym dyrektorowi. Poza tym non stop niezadowoleni petenci lub pracownicy próbowali dostać się do dyrektora, a ja musiałam być ochroniarzem oraz stróżem w jednym. Dziesiątki próśb, poleceń, a także zadań do wykonania. Stosy poczty do zarejestrowania lub wysłania. Pracy było tyle, że spokojnie starczyłoby jej dla dwóch osób. Przez pierwszych sześć tygodni przychodziłam o 8:00, a wychodziłam jako ostania o 20:00, załamana, ponieważ nie dawałam rady zrobić wszystkiego, co powinnam. Za to poznałam wszystkie panie sprzątaczki, które bardzo współczuły mi mojej niedoli.

Nieoczekiwana zmiana

Kiedy po 3 miesiącach nareszcie w miarę opanowałam sytuację i wychodziłam z pracy o 17:00, czyli tylko z godzinnym poślizgiem, dyrektor ogłosił mi “radosną nowinę”. Stwierdził, że muszę się rozwijać (a tak naprawdę to po prostu chciał wcisnąć swoją koleżankę na moją “ciepłą” posadkę) i złożył mi propozycję nie do odrzucenia. W trybie przyspieszonym zostałam dysponentką. Wiecie, tą panią przy ladzie, która robi przelewy, udziela kredytów, przyjmuje i wydaje pieniądze oraz ponosi odpowiedzialność finansową za wszystkie popełnione przez siebie podczas pracy błędy. Żebym mogła objąć nowe stanowisko musiałam odbyć (na swój koszt!) szkolenie kasowo – walutowe, a także przyspieszoną praktykę na sali, a następnie przystąpić do egzaminu wewnętrznego. Trochę dużo tego wszystkiego, zwłaszcza dla kogoś kto o to nie prosił.

Wkrótce, w związku z brakami kadrowymi zostałam przydzielona do jednej z filii i rzucona na głęboką wodę jako regularna pracownica, pomimo że jeszcze nie skończyłam szkolenia oraz nie przystąpiłam do egzaminu. Jako dysponentka musiałam przychodzić do pracy pół godziny wcześniej, żeby się przygotować i zostać trzydzieści minut dłużej po zakończeniu w celu przeliczenia kasy oraz uporządkowania dokumentacji. W teorii. W praktyce wyglądało to tak, że jeśli jakaś koleżanka nie mogła doliczyć się na przykład 100 zł., to trzeba było czekać tak długo aż je znajdzie. Czasem nawet godzinę lub półtorej. Czyli zaczynałam o 8:30 i siedziałam tam do 17:30 – 19:00. Cały dzień na śmieciowym jedzeniu w biegu oraz litrach kawy. Za te wszystkie atrakcje otrzymywałam … 1200 zł. na rękę.

Życie samo pisze scenariusze

Tak minęła mi w banku cała wiosna oraz lato (bez urlopu, ponieważ nowi dostają wolne w takich atrakcyjnych miesiącach jak listopad lub marzec), aż w końcu nadeszła jesień. Pewnego wrześniowego sobotniego wieczoru, wybrałam się z koleżanką na dyskotekę odreagować cały tydzień spędzony w pracy. To miał być typowy babski wypad. Żadnych facetów, tylko my, drinki i nasze gorzkie żale. Jednak kiedy idzie się z nastawieniem na coś konkretnego, dostaje się coś zupełnie innego.

Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu (ponieważ od kilku miesięcy żyłam w przeświadczeniu, że faceci są beznadziejni i szkoda na nich czasu oraz energii) poznałam świetnego chłopaka. Myślę, że wzajemnie wpadliśmy sobie w oko od pierwszego wejrzenia, ponieważ zaczęliśmy się od razu regularnie spotykać. Było coraz fajniej, ale w zasadzie w moim napiętym grafiku (praca, nauka do egzaminu bankowego) nie miałam możliwości na wygospodarowanie odpowiedniej ilości wolnego czasu.

Po kilku tygodniach stanęłam przed dylematem – uczyć się do egzaminu ( który wydawał mi się niezwykle trudny) i poświęcić się rozwijaniu czasochłonnej, stresującej kariery w banku, czy skupić się na rozwoju nowej znajomości, na której mi bardzo zależało, ale było zbyt wcześnie, żebym mogła przewidzieć jak się dalej potoczy. W końcu postawiłam na chłopaka. Na egzamin poszłam, ale ze względu na fatalne przygotowanie nie zdałam go. Dostałam szansę na poprawkę, ale nie skorzystałam z niej. Coś we mnie pękło. Kiedy po egzaminie wyszłam z głównego oddziału od razu pojechałam do filii, w której pracowałam i złożyłam wymówienie.

Obecnie, 11 lat po opisanych przeze mnie wydarzeniach tamten poznany chłopak jest moim mężem:). Jeśli chodzi o karierę zawodową, to jeszcze trochę czasu mi zajęło zrozumienie czego tak naprawdę chcę oraz odnalezienie właściwej drogi, ale dzisiaj już na niej jestem. Pewnie się zastanawiacie, co chciałam Wam przekazać pisząc ten artykuł. Obecnie bardzo modny jest temat tego jak osiągnąć życiową równowagę, czyli właściwy balans pomiędzy życiem prywatnym, a zawodowym. Tylko co to tak naprawdę oznacza w praktyce?

Jak osiągnąć życiową równowagę

Jeśli chodzi o mnie, to najważniejszą sprawą jest to, żeby nie pozwolić pracy przejąć kontroli nad moim życiem. Nie stać się jej niewolnikiem. Wiadomo, pracować każdy musi. Jedni mają to szczęście, że łączą hobby z życiem zawodowym. Jest też wiele osób, które po prostu wykonują jakiś zawód, ponieważ mają rodzinę na utrzymaniu i rachunki do zapłacenia. Jednak nawet w takiej sytuacji trzeba się starać, aby pracować godnie. Nie pozwalać się wykorzystywać, nie dawać cichego przyzwolenia na traktowanie się jak osoba gorszej kategorii.

Pracować 10 godzin nad czymś co nas niezmiernie pasjonuje, to jedno. A co innego tkwić w biurze wbrew własnej woli głodnym i sfrustrowanym bez wynagrodzenia za nadgodziny. Nie reagując, dajemy zielone światło na takie traktowanie siebie oraz innych. Moim zdaniem nie można stawiać na pierwszym miejscu zadowolenia swojego szefa, czy dobra firmy, kosztem własnej osoby. To my mamy czerpać satysfakcję z tego co robimy.  Wchodzić do pracy i wychodzić z niej uśmiechając się, z lekkim sercem, a nie duszą na ramieniu. A kiedy pracownik jest szczęśliwy, to przecież wtedy firma też automatycznie na tym korzysta. Jaka szkoda, że jeszcze tak wiele osób nie wie jak osiągnąć życiową równowagę, czyli zachować balans pomiędzy życiem prywatnym, a zawodowym.

A Ty masz swoje sposoby na to jak osiągnąć życiową równowagę?