Beata Redzimska – jak zmiana diety wpłynęła na jej zdrowie

Beata Redzimska - jak zmiana diety wpłynęła na jej zdrowie

Beata Redzimska – jak zmiana diety wpłynęła na jej zdrowie

Ostatnio miałam przyjemność przeprowadzić wywiad z Beatą Redzimską, która jest poczwórną mamą, emigrantką, a także autorką bloga Moda na bio, a  także Vademecum blogera i Paryż Nieznany. Beata Redzimska opowiedziała mi między innymi o tym jak zmiany w odżywianiu wpłynęły na poprawę jej samopoczucia oraz jakości życia. 

Z wykształcenia jest inżynierem chemikiem. Z przekonania anty -chemikiem i miłośniczką wszystkiego, co naturalne. Jest też założycielką grupy na Facebooku Dieta bezglutenowa. Dieta bezmleczna, którą od niedawna mam przyjemność wraz z nią prowadzić. Dziś opowie nam o tym czemu zdecydowała się na zmianę sposobu odżywiania, a także jak eliminacja produktów zawierających gluten oraz mlecznych wpłynęła na jej zdrowie.

Beata Redzimska wywiad

Beata Redzimska - jak zmiana diety wpłynęła na jej zdrowie

Beata Redzimska – jak zmiana diety wpłynęła na jej zdrowie

Beata, co skłoniło Cię do zmiany sposobu odżywiania i do wyeliminowania z Twojej codziennej diety produktów mlecznych oraz bezglutenowych?

Od ponad 10 lat nie piję mleka, co pomogło mi uwolnić się od chronicznych problemów natury laryngologicznej, czyli od chronicznych przeziębień i wiecznie bolącego gardła. No, a niestety wieczne chorowanie potrafi bardzo negatywnie wpłynąć na samopoczucie, samoocenę, a także na plany na przyszłość. Co stało się moim udziałem. Wspominam ten okres, jako jeden z najtrudniejszych w moim życiu. Nieprzerwanie bolało mnie gardło, łapałam infekcję, jedną za drugą. Byłam wiecznie chora. Moim marzeniem było obudzić się pewnego dnia i po prostu, nie czuć bólu. Obkolędowałam wszystkich możliwych specjalistów. Niestety, to nie przyniosło poprawy. Nieprzerwanie łykałam jakieś pastylki na złagodzenie stanów zapalnych gardła, czy antybiotyki. Z pozoru nikt nie traktował moich przypadłości poważnie. Ot zwykłe przeziębienie, czy prozaiczny ból gardła. Co z tego, że kolejne i niekończące się. Niestety, bycie wiecznym chorym dołuje.

Rozumiem, że po latach udręki czara goryczy się przelała i nadszedł moment, kiedy postanowiłaś wziąć sprawy w swoje ręce. Co wtedy postanowiłaś zrobić? 

Wreszcie zdałam sobie sprawę, że tu właśnie chodzi o to, żeby nie dać się zdołować. Tylko  żeby wziąć sprawy i przede wszystkim swoje zdrowie w swoje ręce, co ostatecznie skłoniło mnie do wyeliminowania z mojej codziennej diety:

  • produktów mlecznych,
  • a teraz powoli produktów mącznych (zawierających gluten).

Dopiero to przyniosło trwałą poprawę. To był problem ze zdrowiem z gatunku tych chronicznych, które najczęściej wymagają całościowej i gruntownej zmiany sposobu życia i odżywiania się. Bo gdzieś tu tkwi wyjściowy problem.

Oczywiście pokusą jest w takich sytuacjach pójście po najmniejszej linii oporu i złożenie swojego zdrowia w ręce, czy raczej na barki swojego lekarza. Byśmy dalej mogli wygodnie, zdając się na same tylko lekarstwa, nie wysilając się, żyjąc tak samo, jak wcześniej  – zaleczać na bieżąco symptomy. Tymczasem tę walkę – długofalową -musimy stoczyć w jej lwiej części sami. Bo choroba (szczególnie taka chroniczna) jest upomnieniem, sygnałem, że coś w organizmie dzieje się źle.

Tu nie wystarczy złożenie swojego zdrowia w ręce lekarza…  On za nas nie ruszy się z kanapy, nie poświęci temu (bo fizycznie nie może tego zrobić) 24 godzin na dobę. Owszem przepisze pigułkę, wesprze dobrym słowem, doda nadziei. Zadaniem pacjenta jest wziąć swoje zdrowie w swoje ręce, ruszyć szacowne cztery litery z kanapy, przestać się przejadać, zmienić swoje nawyki żywieniowe.

Beata, jak wyglądały początki Twojej nowej diety? Czy było ci ciężko przestawić się na nowy sposób jedzenia? 

Z początku było trudno. Do tego jestem beztalenciem kulinarnym! A jednak z czasem przekonałam się, że wiele smacznych i dobrych z punktu widzenia naszego zdrowia rzeczy można przygotować w bardzo prosty sposób, ze świeżych produktów. Na przykład smoothie (koktajle owocowo – warzywne), czy kolorowe sałatki. Bo przecież wcale nie chodzi o to, by były one jak najmocniej przetworzone. Tylko właśnie jak najbardziej naturalne. Ich przygotowanie nie wymaga żadnych umiejętności kulinarnych, tylko odrobiny cierpliwości i utrwalanie nawyków.

Ponieważ wieczne chorowanie wpędzało mnie w depresję, w poczucie niemocy, w końcu zrozumiałam że nie robiąc nic, zdając się tylko na pigułki przepisywane przez lekarzy, ten stan tak będzie trwał i tylko będzie się pogarszał.

W tym czasie wyjechałam do Francji, poznałam mojego męża Irańczyka. Dzięki czemu odkryłam kuchnię orientalną, która ma mniejszą skłonność do korzystania na przykład z dań gotowych. Jest bardziej kolorowa, czerpie z bogactwa warzyw i owoców, które są nieprzebrane w tych szerokościach geograficznych, ale z których dobrodziejstw my też możemy korzystać,  bo mamy je przez cały rok, na wyciągnięcie ręki na półkach sklepowych.

W tym samym czasie w ręce wpadła mi książka Davida Servan Schreibera pt “Antyrak”. Dlatego, że miałam świadomość, że przedłużający się w perspektywie wieloletniej, chroniczny stan zapalny gardła nie wróży nic dobrego, a raczej wróży zmiany nowotworowe. W tym czasie też odkryłam literaturę naturo-terapeutyczną. Poszerzając swoją wiedzę w tym zakresie, trafiłam na książkę “The Enzyme Factor” Hiromi Shynia, czyli kapitał enzymatyczny, zasób enzymów, którym dysponujemy, a który stanowi o naszej witalności.

Po nitce do kłębka wzięłam pod lupę swoją dietę

Beata Redzimska - jak zmiana diety wpłynęła na jej zdrowie

Beata Redzimska – jak zmiana diety wpłynęła na jej zdrowie

Rzucił mi się kolący już teraz w oczy związek przyczynowo-skutkowy między moimi chronicznymi przeziębieniami a moją dietą, która była wtedy w większości dietą – tak dosłownie – glutenowo – mleczną. Wiecie, jak to jest: produktami mącznymi i mlecznymi można się najeść, zapchać, przejeść tak, by nie mieć miejsca na nic innego. Chleb z serem, makaron, płatki śniadaniowe z mlekiem…  i na tym zatrzymują się nasze horyzonty kulinarne. Tymczasem, kiedy odstawiamy te produkty, okazuje się, że omijało nas tyle dań pełnych witalności: surowe sałatki, kolorowe smoothie, bo na nie już nie mieliśmy miejsca.

Te makarony, pizze, płatki śniadaniowe, słodkie desery na mleku do każdego obiadu, czy podwieczorku – nie tylko idą w figurę, ale też ograniczają nasze horyzonty kulinarne. Tymczasem warto wyjść poza nie. Zaczęłam zagłębiać się w literaturze naturo  – terapeutycznej.

Czytałam dużo pozycji napisanych przez francuskojęzycznych naturoterapeutów, starałam się zrozumieć, jakie mogą być mechanizmy moich przypadłości. I tu zaczęłam wiązać moje chroniczne chorowanie z nadużywaniem mleka. Najpierw szeroko otworzyłam oczy… z niedowierzaniem. W pierwszym momencie wydało mi się to herezją. Dlaczego naturoterapeuci odradzają przetwory mleczne, skoro od dziecka wpajano mi, że mleko jest zdrowe. To było jak ta codzienna modlitwa – pij mleko na zdrowie. A jednak poddałam w wątpliwość to wpajane mi od lat przekonanie. Postanowiłam spróbować odstawić produkty mleczne.

Byłam zbyt zmęczona i zbyt zdesperowana wiecznym chorowaniem. Zresztą doszłam do takiego etapu, na którym właściwie nie miałam nic do stracenia. Skoro tradycyjne metody leczenia nie pomagały, odstawiłam na jakiś czas – produkty mleczne…. Początkowo tylko, żeby sprawdzić, czy to coś zmieni. Chroniczne przeziębienie jak ręką odjął.

Czy widzisz wpływ  zmiany w sposobie odżywiania na swoje zdrowie?

Odstawiłam produkty mleczne jednym pociągnięciem, z dnia na dzień. Miałam do tego dobrą motywację: mocno bolące gardło, do tego stopnia, że czasami nie mogłam nic przełknąć. Ale to też zadziałało u mnie dlatego, że odstawiając na bok jeden nawyk, zastąpiłam go innym. Rozsmakowałam się w napojach roślinnych. Natura (szczególnie ta ludzka) nie lubi pustki. Wtedy zawsze ją ciągnie tam, gdzie nie trzeba – na przykład do podjadania…

Równolegle –  byłam tak zmotywowana pierwszymi pozytywnymi efektami, że zaczęłam działać na kilku frontach (zmiana diety, ale także stylu życia). Zaczęłam się więcej ruszać…

Te skumulowane działania – (zmiana sposobu odżywiania się i regularna aktywność fizyczna) w końcu sprawiły, że moje zdrowie, które dzisiaj to dobrze rozumiem – jest stanem wrażliwej równowagi, wreszcie się ustabilizowało, odnalazłam tę zatraconą gdzieś po drodze równowagę, a mój organizm zaczął normalnie funkcjonować. Zmiana stylu życia zaczęła się od tego, że zaczęłam wypacać mój organizm z toksyn: intensywnie pedałowałam na domowym rowerku treningowym. Pot lał się ze mnie strumieniami. Ale jak to robi dobrze. Do tego zainspirował mnie szwajcarski naturoterapeuta Christopher Vasey, którego książki, jeżeli tylko będziecie mieli okazję na nie trafić – gorąco polecam (nie wiem, czy zostały przetłumaczone na język polski).

Ja tak bardzo chciałam uwolnić się od bólu gardła i po prostu obudzić się pewnego dnia i go nie czuć. Problem z chronicznymi przeziębieniami, które nękały mnie przez kilkanaście lat przeszedł po kilku miesiącach od odstawienia mleka i równolegle zwiększonej aktywności fizycznej. Wypacałam toksyny – pedałując na domowym rowerku treningowym i biegając, wspomagałam to cyklicznymi kuracjami glinką zieloną.

Czy Twoje problemy z permanentnymi przeziębieniami skończyły się  raz na zawsze po zmianie diety? 

Dzisiaj owszem zdarza mi się być chorą, ale staram się jak najwięcej ruszać, dbam o swoją witalność i florę bakteryjną. Staram się odżywiać bezglutenowo – bezmlecznie i jeść  dużo surowej żywności, czyli smoothie i kolorowe sałatki, co z kolei pomogło mi ograniczyć cukier w mojej codziennej diecie.

Już nie nęcą mnie kupne słodycze, które są dla mnie zbyt słodkie. Mam swój blender pełen owocowo – warzywnych smoothie, co skutecznie odciąga mnie od podjadania innych słodkości. Ta perspektywa owocowo – warzywnego smoothie jest dla mnie wystarczająco kusząca.

Do tego okresowo robię sobie kuracje z glinki zielonej, na zmianę pór roku. Glinka oczyszcza organizm i naprawia ewentualne zranienia, czy łagodzi stany zapalne.  Tu podrzucam skondensowany ebook o właściwościach zielonej glinki.

Nie chcąc wrócić do punktu wyjścia, czyli do wiecznego chorowania, zagłębiając się w  literaturę z zakresu naturoterapii, dotarłam do profesora Seignalet, czyli francuskiego lekarza, który w latach 80 – tych doradzał swoim pacjentom przejście na dietę bezglutenową bezmleczną, która w wielu przypadkach, szczególnie w przypadku osób cierpiących na choroby autoimmunologiczne jako jedyna przynosiła ulgę i poprawę. To oczywiście naraziło go na krytyki ze strony środowiska medycznego. Bo: “Jak zmiana w odżywianiu mogłaby wyleczyć z choroby uznanej przez medycynę za nieuleczalną”? “Jak żywność może być skuteczniejszym lekarstwem od syntetycznego lekarstwa opracowanego przez przemysł farmaceutyczny, w tym przez cały sztab specjalistów”…

A jednak! Dieta bezglutenowo – bezmleczna doktora Seignalet zdobywała sobie coraz to nowych adeptów. Którym po prostu pomagała i przynosiła ulgę, tam gdzie współczesna medycyna niewiele mogła pomóc. Szczególnie w przypadku tzw chorób autoimmunologicznych.

Zresztą te choroby stają się coraz powszechniejsze w dzisiejszych czasach. Moja mama zmarła na jedną z nich – stwardnienie rozsiane, co też skłoniło mnie do głębszej refleksji nad tym, jak się odżywiamy. Ale to jest temat na osobny wpis.

Zmiana nawyków żywieniowych jest długim procesem. Wymaga samozaparcia, nie zawsze jest łatwo, kuszą produkty, do których się przyzwyczailiśmy. Jak Ty radzisz sobie z tym wyzwaniem?

Odstawienie  produktów mlecznych nie było dla mnie trudne, bo od razu odczułam wyraźną poprawę. Zrobiłam to od ręki. Byłam zdeterminowana i zdesperowana wiecznym chorowaniem. Dlatego chyba zaczęłabym od tego, by znaleźć sobie dobry powód. Oczywiście tym powodem jest zdrowie. U mnie to był eksperyment. Odstawienie produktów mlecznych przyniosło mi ulgę. Zresztą na tamtym etapie chorowania byłam gotowa zrobić wszystko, co w mojej mocy, zrezygnować ze starych przyzwyczajeń, by wreszcie przestać chorować. Dlatego odstawiłam mleko. Z dnia na dzień. I na zawsze.

Dopiero z czasem zrozumiałam, że z jednej strony stoi za nim potężne lobby, grube pieniądze i utrwalone przyzwyczajenia. Z drugiej… Mleko krowie nie jest przeznaczone dla dorosłego człowieka. Porównajcie tylko sobie gabaryty: nasze i małego cielaczka. Tymczasem jesteśmy jedynym  ssakiem w naturze, który jeszcze w wieku dorosłym pije mleko i to mleko przeznaczone dla małego cielaczka, który gabarytowo tak nas przerasta. Tymczasem, z wiekiem maleje w nas ilość laktazy potrzebnej do trawienia mleka. Z mojego doświadczenia: odstawienie produktów mlecznych poszerza horyzonty kulinarne i redukuje linię. Po odstawieniu produktów mlecznych schudłam jakieś 10 nadprogramowych kilogramów  w 3 miesiące. Rozeszły się i już nigdy nie wróciły na stare miejsce.

Bo jeżeli nie zapychamy się chlebem z serem, mlekiem z płatkami śniadaniowymi, czy makaronem z twarogiem, albo ciastem od pizzy, wtedy znajdujemy miejsce na inne smakowite rzeczy. A wtedy nasz talerz staje się bardziej kolorowy, a linia – zwiewniejsza. Uważam, że warto spróbować odstawić przynajmniej na jakiś czas produkty mleczne i poobserwować swój organizm, czy przyniesie to poprawę. Szczególnie, kiedy nie mamy już nic do stracenia i nic nie pomaga.

Czym zastąpić produkty mleczne, jeżeli mamy już od lat wyrobione pewne nawyki żywieniowe?

Beata Redzimska - jak zmiana diety wpłynęła na jej zdrowie

Beata Redzimska – jak zmiana diety wpłynęła na jej zdrowie

Dzisiaj na pewno jest nam dużo łatwiej, bo mamy do dyspozycji sporo napojów roślinnych, typu: mleko ryżowe, sojowe, czy kokosowe. Jeżeli chodzi o zamienniki produktów mącznych to mamy: ryż, quinoa i nasze stare dobre ziemniaki. Można przygotować z nich pyszny obiad. Dzisiaj chciałabym podzielić się z Twoimi czytelnikami dwoma smakowitymi przepisy na śniadanie bezglutenowo – bezmleczne:

  • po pierwsze tzw krem Budwig – wersja opracowana przez France Guillain: gdzie rozgniatamy widelcem 2 banany, z dodatkiem kawałków różnych owoców z danej pory roku, z dodatkiem ziaren roślin oleistych, oliwy z oliwek, soku z cytryny. Wymieszane razem po prostu pychotka.
  • drugi pomysł – kolorowe smoothie. Czyli owoce i warzywa plus woda, ewentualnie dodatek mleka roślinnego i ziarna chia. Można przygotować je sobie w większej objętości i popijać, co chroni przed pokusą podjadania słodkości. Tutaj po prostu warto iść z duchem czasu i skorzystać z warzyw i owoców z danego sezonu. Smoothie nie może się nie udać. De facto u mnie sprawiło się to do tego stopnia, że nie kuszą mnie kupne słodycze. Odbieram je jako zbyt słodkie. No dobra, smoothie to jest fruktoza, ale tu w połączeniu z błonnikiem, co spowalnia przenikanie cukru do krwi.

Beata, dziękuję Ci bardzo za interesującą rozmowę. A dla wszystkich osób, które szukają inspiracji na pyszne bezglutenowe i bezmleczne śniadania oraz desery wrzucam link do ebookaDesery i śniadania bezglutenowo bezmleczne” z autorskimi przepisami Beaty.

Autorką wszystkich zdjęć wykorzystanych w tym poście jest Beata Redzimska. Pochodzą one z jej bloga Moda na bio.